Msza cicha, Msza śpiewana – jak to jest w Polsce ?

 

Msza cicha, Msza śpiewana – jak to jest w Polsce ?

Na wartościowej stronie UNACUM.PL pojawiło się niedawno tłumaczenie ciekawego tekstu odnoszącego się do sytuacji amerykańskiego tradycyjnego katolicyzmu pt. Kwestia wszechobecnej Mszy cichej i rzadko odprawianej Mszy śpiewanej.

Jego analizę rozpocznę od uwagi translatorskiej. Używane w języku angielskim wyrażenie “Low Mass” tłumaczone jest na polski zamiennie: “Msza cicha” lub “Msza recytowana”. Jest to niepoprawne. Synonimem do “Mszy cichej” jest pojęcie “Msza czytana”, podczas gdy “Msza recytowana” – inaczej “Msza dialogowana” to potworek ruchu liturgicznego z I połowy XX wieku, charakteryzujący się tym, że ogół wiernych recytuje na głos kwestie przewidziane dla ministranta w księgach liturgicznych.

Uporządkujmy to zatem: Msza śpiewana – angielskie: High Mass, łacińskie: Missa cantata oraz Msza czytana (cicha) – angielskie: Low Msza, łacińskie: Missa lecta/ Missa secreta. Sam tekst można zaś streścić w następujących punktach:

1. Uczestnicy i organizatorzy Mszy preferują celebracje Mszy cichej, która trwa krócej i wymaga mniejszych nakładów pracy od przygotowywania Mszy śpiewanej.
2. Nie podejmuje się śpiewania Mszy uroczystej z uwagi na brak kompetentnych kantorów.
3. Ludzie preferują Mszę cichą, gdyż doświadczają poprzez nią bliższego kontaktu z Bogiem.

Polska rzeczywistość jest jednak nieco odmienna. Po pierwsze, wierni zwykle nie mają wyboru między Mszą czytaną a Mszą śpiewaną. Szczerze mówiąc, nie mają żadnego wyboru. Aktualnie jest jedynie ok. 40 miejscowości (wliczając Msze postindultowe oraz kaplice FSSPX), w których jest dostępna cotygodniowa Msza tradycyjna. Wybór zatem niemal wszystkich wiernych, pomijając może mieszkańców Warszawy, Krakowa i Wrocławia oraz okolicznych miejscowości, sprowadza się do alternatywy: „iść albo nie iść”.

Ponieważ w Polsce zatraciliśmy na dziesięciolecia ciągłość celebracyj liturgii klasycznej, to mamy do czynienia raczej z naśladownictwem wzorców tradycjonalistów francuskich i niemieckich niż kontynuacją przedsoborowych zwyczajów polskich. Ubolewam nad tym, mając równocześnie świadomość, iż nie były one w pełni zgodne z rubrykami Mszałów i wytycznymi Stolicy Apostolskiej. Zwykle odprawiano u nas Mszę czytaną, podczas której, przez większość jej trwania śpiewano pieśni wyrażające prawdy wiary katolickiej. Jeśli zajrzycie do starych modlitewników czy śpiewników, znajdziecie tam dziesiątki takich propozycyj. W okresie bożonarodzeniowym śpiewano tak również kolędy. Wszystko to wyjaśnia, czemu nasze stare księgi zawierają tak długie, liczące po kilkanaście zwrotem pieśni. Praktyka Novus Ordo, ale także przywracanego rytu katolickiego niestety ich nie wykorzystuje.

Co do oprawy muzycznej polskich liturgij, to również nie jest najlepiej, choć problemy są zupełnie inne niż u Amerykanów. Nim tradycyjna liturgia zaczęła powracać do polskich kościołów, pojawiły się tu i ówdzie środowiska pasjonatów muzyki dawnej. Mam wielki szacunek dla dorobku Marcina Bornus -Szczycińskiego czy Marcelego Peresa, ale nie uważam, że ich osiągnięcia powinny dominować we współczesnej oprawie tradycyjnej liturgii katolickiej. Ponadto ich uczniowie jakże często są o lata świetle od wyżej wymienionych mistrzów, skutkiem czego wartość artystyczna imitacji muzyki dawnej bywa tu i ówdzie wysoce niezadowalająca. O ile można tolerować, by podczas Festiwalu Muzyki Dawnej w Jarosławiu liturgia była w pewnym sensie dodatkiem do muzyki, to nierzadko uczestnicząc we Mszy trydenckiej w Polsce ma się wrażenie, że to jest stan permanentny. Obserwuję u wielu polskich tradycjonalistów bardzo niepokojącą tendencję. Tak jak w liturgii posoborowej Msza bywa własnością “przewodniczącego liturgii”, który staje się swoistym mistrzem ceremonii, to u nas rolę tę przejmują osoby odpowiedzialne za oprawę muzyczną. Bardzo często to one kreują liturgię, w której celebrans jest jakby dodatkiem do niszowego śpiewu. Św. Pius X potępiał tę praktykę w odniesieniu do najpiękniejszych dzieł sakralnych muzyki europejskiej, u nas podobną pozycję zdają się zajmować wielbiciele rekonstrukcyj śpiewu plebejskiego.

Poza ich niszą często jest pustka. Zauważmy, że niedzielna Msza tradycyjna jakże często może być celebrowana tylko w porze obiadowej. Jest to zatem czas nieobecności organistów, pracujących w kościołach od 7 do 13 i powracających na Mszę popołudniową.

Skutkiem tego wszystkiego jest nieobecność organów w bardzo wielu lokalizacjach z Mszą trydencką. Co za paradoks! Nowusowcy rugują je na rzecz gitar, a paleotradycjonaliści zastępują chorałem czy też raczej pseudochorałem pseudogregoriańskim. Wielokrotnie spotkałem się ze zdumieniem i rozczarowaniem wiernych, szukających na tradycyjnej Mszy piękna muzyki liturgicznej i znajdujących te dziadowskie zawodzenia i smędzenia, które powinny mieć miejsce jedynie w klasztorze klauzurowym grupującym przygłuchych fratrów. “Gdzie są organy, gdzie jest chorał gregoriański, taki jaki znamy z płyt kompaktowych?!” – pytają zdezorientowani katolicy wychodzący z Mszy trydenckiej i zbyt często nigdy na nią nie wracający.

Wiem, że w tym momencie krytykuję, być może mocno i brutalnie, ludzi poświęcających swój czas i pieniądze, którzy realizują pasję bycia kantorami i sądzą, że w ten sposób najlepiej jak potrafią służą Bogu. Apeluję jednak i do nich o pokorę, aby zastanowili się, na ile faktycznie przyczyniają się do większej chwały Bożej i zbawiania dusz.

Jakie proponowałbym rozwiązanie? By wbrew wielowiekowemu polskiemu nawykowi mierzyć zamiary na siły. By dostosowywać się do możliwości i rozwijać stopniowo, krok po kroku. Przez setki lat nie mieliśmy znamienitych tradycyj liturgicznych w terenie, poza największymi ośrodkami. Lepiej zatem rozpoczynać celebrację Mszy tradycyjnej od skromnej Mszy cichej, z dwoma ministrantami. I lepiej opłacić profesjonalnego organistę, który po krótkim przyuczeniu zagra i zaśpiewa podstawowe melodie niż snobować się na formowanie zespołu kantorów, którzy udźwigną ciężar obowiązków nakładanych nań przez Mszę śpiewaną. Nie od razu Kraków zbudowano.

Advertisements

Stultorum infinitus est numerus… – ks. Jan Jenkins FSSPX

Stultorum infinitus est numerus… – ks. Jan Jenkins FSSPX

Aktualizacja: 2017-09-24 6:25 pm

Dodano: 2009-07-9 6:25 pm

Kilka miesięcy temu podczas naszej pierwszej lekcji katechizmu mówiliśmy o poważnych, praktycznych konsekwencjach jakie niesie za sobą błędna definicja wiary, o tym w jaki sposób definiowanie jej jako czysto “osobistych przekonań” prowadzi do zniszczenia porządku naturalnego oraz samego społeczeństwa. Błędne pojmowanie porządku nadprzyrodzonego prowadzi nieuchronnie do zniszczenia porządku naturalnego. Dziś przyjrzymy się odwrotnemu niebezpieczeństwu, wynikającemu z dostosowywania wiary do fałszywej nauki, czy raczej do tak zwanej nauki i zastanowimy się, dlaczego jest to niebezpieczne dla wiary, a nawet dla zdrowego rozsądku. Prawda jest ze swej natury integralna, dlatego zanegowanie jakiejkolwiek prawdy, naturalnej czy nadprzyrodzonej, ma konsekwencje niezwykle destrukcyjne.

Jako przykładem posłużymy się wywiadem, jakiego udzielił ks. Michał Heller Arturowi Sporniakowi z “Tygodnika Powszechnego”, a zatytułowanym “Czy kosmita może być zbawiony?”. Wywiad ten jest typowy dla zjawiska nazywanego dziś powszechnie nauką, a będącego w istocie jedynie science fiction.

Jak sugeruje tytuł, wywiad dotyczy możliwości istnienia życia na innych planetach, lub raczej tego czy jesteśmy “sami we wszechświecie” i pod jakim względem przyszłe spotkania z istotami pozaziemskimi mogłyby dla nas interesujące. Prowadzący rozmowę ubolewa nad faktem, że teologia nie dopuszcza takiej możliwości i że teologia chrześcijańska nadal pozostaje uwięziona “w czasach przedkopernikańskich” [ciągle jeszcze tkwimy w czasach przedkopernikańskich].

Jakie mamy dowody na istnienie życia poza ziemią? Jakie mamy oznaki wskazujące na istnienie jakichś pozaziemskich istot rozumnych? Ks. Heller uczciwie odpowiada, że nie mamy żadnych, czy też raczej “nie wiemy”, czy byty takie istnieją, czy też nie. Niemniej jednak wysuwa argument, że – biorąc pod uwagę ogrom wszechświata – można mieć w tej kwestii wątpliwości. Ponieważ wszechświat jest taki wielki, gdzieś musi istnieć życie podobne do życia na ziemi. Biorąc pod uwagę, że istnieje tak wiele gwiazd i tak wiele planet, na których mogłoby istnieć życie, musi być gdzieś miejsce, w którym istnieje życie podobne do naszego.

Rzeczywiście wiemy, że wszechświat, który obserwujemy jest ogromny, wiemy to od czasów starożytnych. Hipparch, porównując promień krzywizny cienia ziemi z promieniem księżyca podczas jego zaćmienia i znając z obliczeń Eratostenesa wielkość ziemi, mógł wnioskować, że odległość do księżyca wynosi około czterystu tysięcy kilometrów. Arystarch zaobserwował, że słońce jest bardzo odległe od ziemi, że odległość ta wynosi przynajmniej dwadzieścia razy tyle, co odległość z ziemi do księżyca, a prawdopodobnie więcej. Same gwiazdy nie poruszały się i w różnych porach roku odległości pomiędzy nimi nie ulegały zmianie – muszą więc, wnioskował Arystoteles, być bardzo odległe. Rzeczywiście wiemy, że gwiazdy są od nas tak odległe, że musimy mierzyć odległości pomiędzy nimi a nami nie kilometrami, ale latami świetlnymi, czyli odległością jaką światło [299.793 km/s] przebywa w ciągu jednego roku [31.557.600 sekund], co daje 9.460.730.472.581 kilometrów. Odległość taką trudno nam sobie nawet wyobrazić. Światło i wszelkie fale elektromagnetyczne docierają do nas praktycznie natychmiast (możemy na przykład telefonować do kogoś znajdującego się na drugim końcu świata i rozmawiać z nim w czasie rzeczywistym), jednak światło potrzebuje całego roku, by pokonać tę odległość. Nawet więc, gdybyście byli w stanie połączyć się telefonicznie na tak wielką odległość, wasze “halo” byłoby słyszane dopiero po roku od jego wypowiedzenia.

Wszechświat jest rzeczywiście ogromny, a jednak w dużej mierze pusty. Najbliższa nam po słońcu gwiazda znajduje się w odległości 4.2 lat świetlnych, a zaledwie 2 tysiące gwiazd znajduje się w odległości mniejszej niż pięćdziesiąt lat świetlnych od ziemi [większość z nich jest dla nas niewidoczna]. Z nich jedynie 35 podobnych jest do słońca, a w okolicy żadnej z tych trzydziestu pięciu nie zaobserwowano jednak planet podobnych do ziemi. W promieniu stu lat świetlnych istnieje pięćset gwiazd podobnych do słońca. Oczywiście wraz ze wzrostem promienia ilość tych gwiazd wzrasta, jednak możliwość kontaktu z jakimkolwiek rodzajem istot poza tą odległością praktycznie mówiąc nie istnieje.

Po pierwsze odległości te wykluczają jakąkolwiek podróż, nawet dla statków kosmicznych obsługiwanych w całości przez roboty. Najszybszy sztuczny satelita Helios 2 aby dotrzeć do najbliższej po słońcu gwiazdy musiałby lecieć 71 tysięcy lat, czyli ponad 10 razy dłużej niż udokumentowana historia ludzkości. Oczywiście żaden stworzony rękami ludzkimi obiekt, a tym bardziej skomplikowane urządzenie, nie przetrwałby tak długiego czasu.

Ponadto, gdyby nawet ktoś potrafiłby porozumieć się z takim statkiem, kiedy on dotrze on w okolice owej gwiazdy, każdy cykl komunikacji zająłby cztery lata, ponieważ tyle właśnie czasu zajęłoby każdemu sygnałowi z ziemi dotarcie do statku – co jest dość frustrujące nawet abstrahując od technicznych problemów takiego przedsięwzięcia.

Jednak prawa fizyki uniemożliwiłby taką komunikację z tego prostego powodu, że na świecie nie ma dostatecznie dużo energii, by wygenerować sygnał dostatecznie silny, aby ktokolwiek tam mógł go zauważyć. Podobnie jak światło waszej latarki pozwala wam widzieć tylko na określoną odległość, strumień energii fali świetlnej lub radiowej maleje odwrotnie proporcjonalnie do kwadratu odległości od jej źródła. Oznacza to, że w przypadku waszej latarki, by światło jej mogli dostrzec ludzie znajdujący się dwa razy dalej, potrzebowalibyście cztery razy więcej energii. Przekaźniki radiowe, nawet te o mocy milionów watów jak znajdujące się w Arabii Saudyjskiej, zapewniają odbiór w promieniu zaledwie kilkuset kilometrów, a nawet wówczas wysyłany przez nie sygnał zakłócany jest przez ziemską jonosferę. Nawet zakładając, że mielibyśmy sprzęt tysiąc razy czulszy niż posiadamy obecnie, aby poszukiwać obcych cywilizacji odległych o 100 lat świetlnych, która wysyła sygnały we wszystkich kierunkach, obcy musieliby posługiwać się transmiterem o mocy kilka tysięcy razy przekraczającej całą obecną moc wytwarzaną na ziemi. Jedynym powodem, dla którego możemy widzieć gwiazdy tak od nas odległe jest fakt, że są one ogromnymi źródłami energii. Komunikacja za pomocą radia czy światła wymagałaby podobnej mocy.

Trzeba też wziąć pod uwagę że gwiazdy te emitują wielką ilość fal świetlnych i radiowych, żaden sygnał nie mógłby więc rywalizować z zakłóceniami generowanymi przez gwiazdy, wokół których obracają się planety. By posłużyć się naszą analogią, to tak jakbyście usiłowali porozumieć się z kimś za pomocą latarki w samo południe, przy pełnym słońcu. Tak więc nawet jeśli ktoś potrafiłby odebrać sygnał w tak ograniczonym paśmie, trudno byłoby przebić się przez zakłócenia w tle. Nawet wasze komórki mają kłopot ze złapaniem sygnału, gdy zbliżacie się do linii wysokiego napięcia – trudności te na większych odległościach stają się prawdziwie astronomiczne. Energia wytwarzana przez słońce, a nawet ta jej część, która przenika atmosferę ziemską każdego dnia jest wielokrotnie większa, niż cała energia wytwarzana rocznie we wszystkich elektrowniach świata.

Tak więc, nawet zakładając hipotetycznie, że na innych planetach istnieje życie (co jest mało prawdopodobne) i że jest ono rozumne (co jest równie mało prawdopodobne) i że wynaleziono tam radio (równie mało prawdopodobne) możliwość nawiązania kontaktu z jego formami, czy nawet wykrycia ich jest ściśle mówiąc, żadna. Należy też pamiętać, że nawet w promieniu 100 lat świetlnych istnieje jedynie około pięćset gwiazd, wokół których mogłyby ewentualnie istnieć planety podobne do ziemi, a przecież żadnej takiej planety nie zaobserwowano, rzeczywiste prawdopodobieństwo jakiegokolwiek kontaktu wynosi więc praktycznie zero.

Tak więc, powracając do wywiadu z ks. Hellerem, najbardziej zdumiewająca jest jego teza, iż powinniśmy rozważyć ponownie nasze koncepcje teologiczne w świetle ewentualnego kontaktu z obcymi. Zamiast badać to, co rzeczywiście istnieje, co możemy zaobserwować, powinniśmy poszerzyć nasze horyzonty i myśleć “co by było, gdyby”. Rozważając możliwość kontaktu, powinniśmy przemyśleć raz jeszcze fundamentalne pojęcia, jak gdyby nasza teologia była “przestarzała”, “przedkopernikańska” i “geocentryczna”.

Na przykład, wedle ks. Hellera, teologowie mają tendencję do “absolutyzowania Wcielenia”, czyli podkreślania jego wyjątkowości. To samo dotyczy chrześcijańskiego zmysłu historii, która jest linearna, czyli dzieli się na czas przed i po Wcieleniu. Wedle ks. Hellera ewentualny kontakt z obcą cywilizacją zmieniłby nasz kulturowy kontekst, musimy więc zrewidować nasz punkt widzenia. Przyznaje co prawda, że Ojcowie Kościoła nie zajmowali się możliwością Wcielenia mającego miejsce gdzie indziej poza ziemią, stwierdza jednak: “Dzisiaj trzeba przynajmniej tę kwestię pozostawić otwartą”.

Jest to klasyczna technika, jaką posługują się z upodobaniem współcześni teologowie. Rozumowanie swe opierają na założeniu, że prawda uzależniona jest od kontekstu kulturowego, że historyczny i kulturowy kontekst w jakiś sposób determinuje prawdę. Tak więc prawda musi zostać rewidowana czy nawet należy ją celowo podawać w wątpliwość wraz z każdorazową zmianą kontekstu kulturowego. W ten sposób wiele prawd, czy nawet dogmatów wiary, musi pozostać “kwestiami otwartymi” ze względu na zmianę kontekstu kulturowego. Wedle ks. Hellera wymagana byłaby jedynie radykalna zmiana kontekstu i to nawet nie w sensie fizycznym, ale nawet czysto teoretycznym. Jak widzieliśmy przed chwilą, kontakt z obcą cywilizacją, nawet zakładając, że taka rzeczywiście istnieje (na co nie ma żadnych dowodów) byłby fizycznie niemożliwy. Mówimy tu o nowym kontekście kulturowym, który jest w tym przypadku czymś całkowicie teoretycznym, nie posiadającym żadnego oparcia w faktach a nawet praktycznie niemożliwym. Nawet ks. Heller przyznaje “Jedno wydaje się niemal pewne: kontakt z takimi istotami ma znikome prawdopodobieństwo”. A jednak owo znikome prawdopodobieństwo jest dla niego wystarczające, by przemyśleć na nowo wszystkie dogmaty chrześcijaństwa i pozostawić otwartą kwestię innego Wcielenia.

Gdy ktoś odchodzi od rzeczywistości w pogoni za teoriami, fikcyjnymi istotami, istniejącymi jedynie w wyobraźni, może zbłądzić bardzo daleko od prawdy.

Gdy ktoś odchodzi od rzeczywistości w pogoni za teoriami, fikcyjnymi istotami, istniejącymi jedynie w wyobraźni, może zbłądzić bardzo daleko od prawdy. Jeszcze większe niebezpieczeństwo niesie za sobą jednak fundamentalna teza współczesnej teologii: że prawda zależy od kontekstu kulturowego. Jest dokładnie odwrotnie, to właśnie prawda jest ze swej definicji niezależna od wszelkiego konkretnego kontekstu. Fakt, że ziemia obraca się wokół słońca nie jest wynikiem jakiegoś nowego kontekstu kulturowego, taka jest po prostu rzeczywistość. Prawa fizyki, jak to przyznaje nawet autor wywiadu, są takie same wszędzie i dla każdego. Fundamentalną zasadą metody naukowej jest, że daną obserwację można powtórzyć i że te same przyczyny powodują te same skutki. Obserwacja nie zależy od “kontekstu kulturowego”, polega raczej na uznaniu rzeczywistości. Jeśli rodzaj ludzki jest niewolnikiem błędu, jest tak w znacznej mierze dlatego, że nie obserwuje on rzeczywistości dostatecznie ściśle, albo jak to ma miejsce w przypadku ks. Hellera, woli swe własne teorie od faktów.

Z pewnością kultura i cywilizacja zmieniają się wraz z czasem, często jest to jednak właśnie konsekwencją nowego odkrycia, a nie odwrotnie: pewne prawdy czy prawa natury raz odkryte mają wielki wpływ na cywilizację. Pomyślcie choćby o wynalezieniu elektryczności i wielkich zmianach jakie wywołało to odkrycie w ludzkim życiu. Jednak odwrotność tego nie jest prawdą. “Kontekst kulturowy” nie determinuje prawa powszechnego ani rozumienia przyczyn otaczających nas zjawisk. Natura ma irytujący zwyczaj bycia zdecydowanie niedemokratyczną: jest taka, jaka jest, niezależnie od tego, co mogliby na jej temat myśleć ludzie.

Jako przykład owego “kontekstu kulturowego” zmieniającego zasady teologiczne podaje ks. Heller odkrycie przez Kopernika że “nie jesteśmy centrum wszechświata”. Z pewnością kalumnią jest twierdzenie, że teologia, której przedmiotem jest przede wszystkim Bóg, w jakiś sposób utrzymywała wcześniej, iż to człowiek jest centrum wszechświata. Jak stwierdził bardzo jasno św. Tomasz z Akwinu, człowiek jest przedmiotem teologii jedynie o tyle, że jest on stworzony przez Boga i musi do Niego powrócić. To Bóg jest centrum teologii, a nawet jej właściwym przedmiotem. Nawet twierdzenie, że “człowiek jest szczytem stworzenia i najbliższą Bogu istotą” jest kompletnie fałszywe, aniołowie są o wiele doskonalsi i bardziej podobni do Boga, co wie każde uczące się katechizmu dziecko.

Ks. Heller twierdzi dalej, że ta koncepcja Kopernika sprowokowała reakcję, której skutkiem był mistycyzm niemiecki, “przywracający człowiekowi jego centralne miejsce we wszechświecie”. Powołuje się tu zwłaszcza na Jakuba Böhme, co nie jest najlepszym przykładem, gdyż Böhme nie reprezentował ani niemieckiego mistycyzmu, ani wierzeń luteranów, które zmodyfikował zgodnie ze swymi prywatnymi wizjami – bliższymi teozofii czy kabale niż teologii. Skoro sami luteranie wygnali go z jego rodzinnego miasta za głoszenie egzotycznych herezji, trudno twierdzić, że reprezentuje on myśl chrześcijańską, a tym bardziej katolicką.

Moglibyśmy również odpowiedzieć ks. Hellerowi, że sam Kopernik był katolickim kapłanem, który dzieło swe dedykował papieżowi Pawłowi III. System kopernikański opiera się na zasadzie, że w tym co dotyczy powszechnych praw natury nie ma żadnych szczególnych miejsc – “katolickość” czyli “powszechność” stosuje się również do samego stworzenia. Ziemia jako centrum wszechświata była właściwie koncepcją pogańską, a nie chrześcijańską. Słońce i księżyc nie są półbogami, wyłączonymi w jakiś sposób spod praw natury, ale elementami stworzenia jedynego prawdziwego Boga, podlegającymi tym samym prawom powszechnym. Wszystkie polemiki dotyczące teorii Kopernika muszą uwzględniać ponadto fakt, że Galileusz, nawet w opinii swych zwolenników, nie był człowiekiem uczciwym.

Widzimy więc, że ks. Heller zasadniczo myli się twierdząc, że chrześcijańska teologia jest “geocentryczna”. Jak na to wskazuje sama nazwa “chrześcijańska” jest ona raczej skupiona wokół Jezusa Chrystusa. W istocie jedynie bardzo rzadko Ojcowie Kościoła zajmowali się strukturą Układu Słonecznego i z reguły jedynie dla zilustrowania tego, co ich naprawdę interesowało: nauki naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Ksiądz Heller wolałby jednak, by teologia skoncentrowała się nie na Objawieniu czy nawet na prawie naturalnym, ale na “szerszym spojrzeniu” [Tymczasem przydałoby się nowe, szersze spojrzenie]. Spojrzenie to obejmuje istnienie na jakiejś odległej planecie istot rozumnych, które nie popadły w grzech pierworodny, posiadają lepiej rozwinięty intelekt i lepiej widzących różnicę między dobrem a złem, żyjących w przyjaźni ze swym Stwórcą i nie potrzebujących odkupienia. Heller ubolewa, że nie jesteśmy przygotowani do rozwinięcia naszych refleksji teologicznych z uwagi na ten nowy kontekst kulturowy. Oczywista odpowiedź na ten zarzut brzmi, że teologowie, podobnie jak inni naukowcy, zazwyczaj badają rzeczy, które rzeczywiście istnieją, które są realne, a nie zajmują się gdybaniem. Nie możecie na przykład znaleźć w podręcznikach teologii moralnej odpowiedzi na pytanie: czy grzechem jest posiadanie jednorożca – z tego prostego powodu, że jednorożce nie istnieją. Podobnie spekulowanie na temat obcych jest po prostu podejściem nienaukowym z tego prostego powodu, że nie ma żadnych dowodów na ich istnienie – należą oni raczej do dziedziny literatury niż historii.

Jeśli nawet niekiedy teologowie stawiali hipotetyczne pytania, takie jak: czy Słowo mogłoby przybrać ciało, gdyby nie było grzechu pierworodnego, czynili to jedynie dla zilustrowania zasad już udowodnionych, albo zakresu ich stosowania. Przypadku czysto hipotetycznego nie można nigdy traktować jako punktu wyjścia dla nowej tezy teologicznej, nie można też powołując się na niego nawoływać do podawania w wątpliwość zagadnień od dawna zdefiniowanych jako “kwestii otwartych” czy “szerszego punktu widzenia”, jak to czyni autor niniejszego wywiadu. Jest dokładnie przeciwnie, stosunek teologów do owych hipotetycznych kwestii pokazuje, w jaki sposób zasady te mogłyby być stosowane, ze szczególnym podkreśleniem ich niezmienności.

Dalsza część wywiadu dotyczy innej jeszcze kwestii: nieskończoności. Otóż ks. Heller twierdzi, że podobnie jak teologia musi być dostosowana do nowej i szerszej wizji, tak i sama koncepcja Boga musi zostać przemyślana wedle tych nowych postulatów. I podobnie jak błędnie pojmuje samą teologię, ks. Heller wypacza również samą naturę Boga. Wedle niego, musimy przemyśleć nasze określanie Boga jako “nieskończonego”, ponieważ obecnie wiemy znacznie więcej na temat nieskończoności, niż kiedykolwiek przedtem. Podczas, gdy do tej pory pojmowaliśmy nieskończoność jako coś negatywnego, coś, co nie ma końca, obecnie dzięki analizie matematycznej wiemy, że nieskończoność wchodzi w “inną skalę”. Istnieje nieskończenie wiele liczb rzeczywistych “większych”, niż nieskończona ilość liczb całkowitych. Możemy również mówić o skali nieskończoności, a stąd również o “nieskończonej liczbie nieskończoności”, którą moglibyśmy identyfikować z Bogiem. Podczas gdy do tej pory matematycy uważali, że nie może być czegoś takiego jak absolutna nieskończoność, dzięki współczesnym matematykom wiemy, że nie jest ona czymś niemożliwym.

Takie pomieszanie pomiędzy matematyką a metafizyką jest czymś powszechnym u ludzi, którzy nie posiadają gruntownej wiedzy w żadnej z tych dziedzin, nie musimy posiadać jednak wybitnej inteligencji, by wykazać absurdalność takiego pomieszania. Kiedy matematycy używają słowa “nieskończony” mają na myśli policzalność pewnego zbioru liczb, lub to, co nazywamy “mocą zbioru”. Stąd możemy mówić o różnych “skalach” nieskończoności w tym sensie, że dane zbiory liczb nie mogą zostać policzone przez inny zbiór liczb. Zainteresowanych odsyłam do krótkiego artykułu “A teraz coś nieskończenie lepszego”.

Jednak nie mamy nieskończonej ilość bogów, gdyż Bóg jest tylko jeden – istnieje tylko jeden Bóg, a nie nieskończona ich liczba. Kiedy mówimy, że Bóg jest “nieskończony” mamy w rzeczywistości na myśli, że Bóg nie ma żadnych granic, że jest On obecny wszędzie, że jest wszechmocny. W istocie Bóg jest niepoliczalny, gdyż nie ma w Nim w ogóle wielkości – wielkość to coś właściwego rzeczom, które złożone są z pewnej ilości mniejszych elementów. W każdym przypadku, gdy możemy coś zmierzyć, rzecz ta istnieje w pewnej przestrzeni i jest w jakiś sposób ograniczona. Jednak Bóg jest wszędzie i jest absolutnie prosty, nie możemy Go więc zmierzyć, oprócz tego, że wiemy, iż jest On jedyny. Tak więc sam pomysł porównywania policzalnej nieskończoności do Jedynego Boga świadczy o błędnym rozumieniu zarówno samej idei matematycznej nieskończoności co i nieograniczonej mocy Boga.

Ks. Heller nie tylko okazuje się być bardzo kiepskim matematykiem, a jeszcze gorszym metafizykiem, pragnie też narzucić idei stworzenia rozmaite “paradoksy”, związane z błędnym pojmowaniem przez niego nieskończoności. Mówi o współczesnej koncepcji nieskończonej liczby wszechświatów, o wszechświecie nieskończenie rozległym, oraz o możliwości istnienia nieskończonej liczby podobnych wszechświatów.

Pierwsza z tych koncepcji wydaje się być absurdalna, jej przyjęcie skutkowałoby ponadto pewnym kryzysem tożsamości. Jeśli wszechświat jest rzeczywiście nieskończenie rozległy oznacza to, że gdzieś w nim musi koniecznie istnieć identyczny układ atomów jak w Układzie Słonecznym, a nawet – idąc dalej tym tokiem rozumowania, musi istnieć nieskończona ich liczba. W ten sposób gdzieś we wszechświecie istniałaby bez wątpienia wierna kopia nas samych, co do ostatniego atomu, nie bylibyśmy więc już we wszechświecie jedyni w swoim rodzaju.

Zwolennikom tej koncepcji możemy po prostu odpowiedzieć że wszechświat, niezależnie od tego, jak jest wielki, ma pewien rozmiar. Samo istnienie czegoś oznacza, że rzecz ta ma pewien kształt i rozmiar- z samej definicji jest ograniczone – posiada pewną wielkość. Niezależnie od tego, jakie jest wielkie, wielkość tę nadal da się wyrazić liczbą – nie jest ona nieskończona, zawsze może się zwiększyć. Tak więc już samo użycie słowa “wszechświat” implikuje, że jest on z konieczności ograniczony i posiada pewną wielkość. Nie wolno nigdy zapominać o fakcie, że fizyka udowodniła już dawno temu, iż wszechświat ma w istocie ograniczony rozmiar i że przypisywanie mu nieograniczonej wielkości naruszałoby po prostu prawa termodynamiki. Niezależnie od tego, jak wielki mógłby być wszechświat, prawdopodobieństwo, że znajdziemy w nim dokładną kopię każdej jego części jest pod względem prawdopodobieństwa absurdem – trzeba pamiętać, że kwantowa teoria przenikania stanowczo wyklucza taką możliwość. Tak więc bezcenna tożsamość ks. Hellera pozostaje, dzięki Bogu, niezagrożona.

Drugi paradoks: nieskończonej liczby równoległych wszechświatów, jest w istocie jedynie wytworem wyobraźni pisarzy sciencie fiction. Jest to próba wyjaśnienia dlaczego świat jest taki a nie inny, bez wyciągania wniosku o konieczności istnienia Boga. Jak twierdzi autor, różne stany wszechświata opisane zostały w równaniach Einsteina, bazujących na pewnych fundamentalnych stałych. Rodzi to oczywiście pytanie: biorąc pod uwagę wszystkie możliwości, jakie jest prawdopodobieństwo, że rzeczy staną się takimi, jakimi w rzeczywistości są? Autor odpowiada: “Dokładnie miary zero. Zatem mimo naszego nieprawdopodobieństwa, jednak jesteśmy”. Jednak dla kogoś, kto odmawia uznania istnienia Boga, prawdopodobieństwo jego własnego istnienia jest naprawdę równe zeru. Zamiast potraktować ten argument jako jeden z najbardziej przekonujących dowodów na istnienie Stwórcy, który promulguje same prawa natury, człowiek taki rzuca się w mętne wody teorii, która jest nienaukowa i sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem.

Ponoć, za każdym razem, gdy wszechświat się zmienia, powstaje nieskończona liczba równoległych wszechświatów, w których urzeczywistniają się wszelkie możliwe prawdopodobieństwa. Szczególnie frustrujące jest w tej teorii to, że nie mamy absolutnie żadnego dowodu na jej poparcie i nigdy nie będziemy go mieli, ze względu na fakt, że wszystkie te równoległe wszechświaty są zamknięte w sobie, a wiec z definicji nie da się ich istnienia zaobserwować. Moglibyśmy co prawda żywić nadzieję, że w jednym z tych równoległych wszechświatach ks. Heller mógłby odzyskać rozum – gdyż już samo potraktowanie takiej teorii jako czegoś sensownego czy nawet rozważanie jej oznacza śmierć nauki, metody naukowej, a nawet zdrowego rozsądku. A jednak twierdzi się, że teologia musi w jakiś sposób “dostosować się” do tych nowych koncepcji.

Smutny przykład ks. Hellera ukazuje nam rozpacz współczesnego naukowca, odrzucającego w swej pysze istnienie Boga, naukowca, który widząc dzieło stworzenia decyduje się zamknąć swe oczy nie tylko na prawdę, ale również na cały dający się obserwować świat. Zatraciwszy z pola widzenia cel swego intelektu, którym jest poznanie Boga, kończy tracąc rozum.

Prowadzący wywiad zadaje na koniec ks. Hellerowi podchwytliwe pytanie: “Czy takie myślenie nie jest jednak niebezpieczne dla naszej wiary?”. Heller odpowiada na to, że może się tak zdarzyć. Z pewnością jest to niebezpieczne dla każdego, kto zachował do tej pory zdrowy rozsądek. Gdy intelekt ulega destrukcji, akt wiary nie jest już możliwy, ponieważ wiara jest przede wszystkim zgodą rozumu. Nadprzyrodzoność jest ponad porządkiem naturalnym, buduje na nim. Wszystko, co jest doskonałe wymaga, by najpierw było niedoskonałe i nawet nasza wiara, choć przewyższa rozum, jest doskonale rozumna. Tak jak nie można oczekiwać, by ktoś potrafił budować samoloty nie znając praw aerodynamiki, tak również niemożliwym jest budowanie życia moralnego bez prawdziwego rozumienia ludzkiej natury i stworzenia. Wszelka prawda pochodzi od Boga, tak naturalna jak i nadprzyrodzona, nie wolno nam więc próbować ich rozdzielać. Rozdział taki prowadziłby w sposób nieunikniony do chaosu i zniszczenia obu porządków.

Tak więc, drodzy wierni, bądźmy bardzo ostrożni w stosunku do artykułów, posługujących się “naukową” terminologią nie będąc w najmniejszym stopniu naukowymi. Istnieje powiedzenie, że zdrowy rozsądek nigdy nie traci swych praw – i powinniśmy odwoływać się do niego zwłaszcza sytuacjach, gdy atakowany jest on przez takie właśnie idee, powinniśmy wówczas odwoływać się do tego, co możemy zaobserwować i co naprawdę wiemy. Nie pozwólcie, by uwodziły was słowa mające pozór prawdy, upewniajcie się, że rozumiecie co oznacza każde ze nich, zanim uwierzycie ich autorowi. Jak pisze św. Paweł, powinniśmy unikać “światowych nowości słów” (1Tym 6,20) i “wszystkiego (…) doświadczać, a co jest dobre, zachowywać” (1Tes 5,21).

ks. Jan Jenkins FSSPX

Przypisy:

1. Czerwiec 2008 http://tygodnik.onet.pl36,0,10717,
czy_kosmita_moze_byc_zbawiony,artykul.html

2. Imponujące osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że obecne obliczenia podają średnią odległość 384.400 km (405.000 km w apogeum)

3. Obliczeń tych dokonano poprzez mierzenie kąta pomiędzy słońcem a księżycem w pierwszej jego kwarcie – co jest przedsięwzięciem niezwykle trudnym.. Jak obliczył, kąt ten wynosi około 87°. W rzeczywistości wynosi on 89°50’, co czyni słońce jeszcze bardziej odległym, około 345 razy dalszym niż odległość z ziemi do księżyca.

4. Na orbicie słońca Helios 2 osiągnął 17 kwietnia 1976 roku prędkość 241.350 km/h. Najszybszemu skonstruowanemu przez człowieka obiektowi, statkowi kosmicznemu Voyager pokonanie odległości 4.2 lat świetlnych do najbliższej nam po słońcu gwiazdy zajęłoby 134.000 lat.

5. http://www.vectorsite.net/taseti.html

6. Jest to stosunkowo niewielka odległość, biorąc pod uwagę, że nasza galaktyka liczy wedle niektórych 100.000 lat świetlnych.

7. Co ciekawe, w dziełach Jakuba Böhme dostrzec możemy idee, które odnajdujemy również w modernizmie: że Bóg bez dzieła stworzenia jest w jakiś sposób niekompletny, że wolna wola stanowi o godności osoby ludzkiej, oraz że wszechświat stale ewoluuje.

 

http://www.bibula.com/?p=11247

 

Święta Filomena, patronka czasów ostatecznych

Święta Filomena, patronka czasów ostatecznych

Święta Filomena – życiorys, modlitwa i litania

ŻYCIORYS ŚWIĘTEJ FILOMENY

Święta Filomena poniosła śmierć męczeńską w 302 r. w Rzymie, za panowania cesarza Dioklecjana. Pochodziła z greckiej rodziny arystokratycznej; jej rodzice, Kalistos i Eutropiau, mieszkali w Nikopolis w Macedonii. Ojciec był zarządcą prowincji.

Małżeństwo długo było bezdzietne; ostatecznie ich lekarz, który był chrześcijaninem, sugerował, żeby modlili się do chrześcijańskiego Boga. Filomena urodziła się ok. 289 r. Po jej urodzeniu rodzice przyjęli chrzest.

Od najmłodszych lat Filomena poświęciła swoje dziewictwo Panu Bogu, a jej serce pałało coraz większą i większą miłością do Niebiańskiego Oblubieńca. Jej jedynym życzeniem było żyć tylko dla Niego, ale o jej rękę starał się sam cesarz rzymski Dioklecjan.

Kiedy Filomena odmawiała mu z racji wyznawanej wiary chrześcijańskiej, została przez cesarza uwięziona, torturowana, a następnie umarła w okrutnych męczarniach.

Jej tortury miały być zapłatą dla niej za okazaną cesarzowi wzgardę.

Początkowo Dioklecjan postanowił skazać ją na taką samą karę na jaką Poncjusz Piłat skazał Pana Jezusa.

Filomena została więc skazana na biczowanie.

Kiedy jednak nie zmarła, ale nawet w cudowny sposób została wyleczona z ran, Dioklecjan postanowił wrzucić ją do Tybru, przywiązaną do kotwicy.

Jednak Aniołowie, w cudowny sposób, wydobyli ją z rzeki, tak, że i tym razem Filomena nie poniosła śmierci, ale została uznana za czarownicę.

Następnie usiłowano pozbawić ją życia strzelając do niej z łuku, ale kiedy i to się nie udawało, Dioklecjan,, który osobiście był świadkiem egzekucji, polecił, aby Filomenę przebić strzałami rozpalonymi w ogniu, ponieważ sądził, że czarownica nie ma władzy nad ogniem.

Jednak strzały kierowane w dziewczynę zmieniały kierunek i ze zdwojoną siłą godziły w łuczników.

Groza i przerażenie opanowały świadków tych wydarzeń, wielu z nich skłonnych było nawet do przyjęcia religii chrześcijańskiej.

Ostatecznie egzekucji dokonano przez ścięcie głowy.

Po 1500 latach zapomnienia w katakumbach, św. Pryscylli przy Via Salaria Nova   — drogocenne relikwie Świętej Filomeny, Dziewicy i Męczennicy, zostały odkryte 24 maja l802 roku,   —  w dniu święta Matki Boskiej Wspomożenia Wiernych.

Na grobowcu widniał napis LUMENIA PAX CUM, —  co oznacza —   „Pokój tobie Filomeno”, —  albo —   „Pokój tobie ukochana.”

Na grobowcu wyryte były ponadto: —  kotwica, dwie strzały, włócznia, gałązka palmy i kwiat lilii, symbolizujące śmierć przez utopienie, męczeństwo, palmę zwycięstwa i symbol dziewictwa.

W 35 lat po odkryciu relikwii ta młoda grecka księżniczka wyniesiona została na ołtarze i ogłoszona Cudotwórczynią XIX w., bo tak liczne i uderzające były cuda uzyskane dzięki jej potężnemu wstawiennictwu.

W różnych krajach zaczęto wznosić kaplice pod jej wezwaniem, fundować ołtarze i figury.

Innym świętym dana jest zdolność wspomagania nas w jakiejś jednej szczególnej potrzebie,   —  ale Święta Filomena posiada moc wspomagania nas we wszystkich potrzebach, cielesnych i duchowych.

Zwracajmy się więc do niej z wielką ufnością, miłością i wiarą, ona jest bowiem „ukochaną córką” Jezusa i Maryi, córką, której niczego się nie odmawia.

W naszej miłości do niej kierujmy się wskazówkami i przykładem papieży.

Papież Leon XII zezwolił na wzniesienie ołtarzy i kościołów na jej cześć.

Papież Grzegorz XVI, 30 stycznia 1837 roku, uroczyście wyniósł Ją na ołtarze, nadając pełne prawa jej kultowi w całym katolickim świecie po wszystkie czasy, a dzień jej wspomnienia wyznaczono na 11 sierpnia.

Papież bł. Pius IX nadal jej wspaniały tytuł: „Patronka Dzieci Maryi.”

Papież Leon XIII podniósł Bractwo Świętej Filomeny do rangi Arcybractwa i zatwierdził „sznur Świętej Filomeny”,  —   nadając specjalne przywileje i odpusty wszystkim, którzy go noszą.

Papież św. Pius X podniósł Arcybractwo Świętej Filomeny do rangi Powszechnego Arcybractwa i mianował Świętego Jana Vianney jego patronem.

W 1912 r. papież św. Pius X zatwierdził wezwanie:

—  „Święta Filomeno, Patronko Dzieci Maryi, módl się za nami!”

Święta Filomena ma wielką moc u Boga.

Jej dziewictwo i gotowość objęcia bohaterskiego męczeństwa uczyniły ją tak miłą Bogu, że nigdy nie odmówi jej niczego, o co Go poprosi.

Święty Jan Vianney zawsze powtarzał,

—   „Filomena jest wielką Świętą.”

Papież Leon XII mówił:

—  „Miejcie pełne zaufanie do tej wielkiej Świętej. Uzyska dla was wszystko, o co poprosicie.”

Bł. Paulina Jaricot, założycielka stowarzyszenia Żywego Różańca, powiedziała:

—  „Słyszałam jak demony mówiły podczas egzorcyzmu: <<Dziewica i Męczennica, święta Filomena, jest naszym przeklętym wrogiem.

—  Nabożeństwo do niej jest nową straszną bronią przeciw piekłu.>>”

MODLITWA DO ŚWIĘTEJ FILOMENY

Święta Filomeno, Dziewico i Męczennico, którą Bóg tyloma cudami wsławia, którą Namiestnik Jezusa Chrystusa mianował Protektorką Żywego Różańca i Dzieci Maryi,

pokaż nam coraz wyraźniej z niebiańskich wysokości, że głos tak święty jak twój musi być wysłuchany i że mamy prawo liczyć na twoją pomoc.

Wystaraj się dla nas o łaskę wierności Jezusowi Chrystusowi, aż do śmierci. Amen.

LITANIA DO ŚWIĘTEJ FILOMENY, UŁOŻONA PRZEZ ŚWIĘTEGO JANA VIANNEY’A

Boże, zmiłuj się nad nami,
Chryste, zmiłuj się nad nami,
Boże zmiłuj się nad nami,

Chryste, usłysz nas,
Ojcze z Nieba Boże, zmiłuj się nad nami,
Synu, Odkupicielu świata Boże, zmiłuj się nad nami,
Duchu Święty Boże, zmiłuj się nad nami,
Święta Trójco Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami,

Święta Filomeno, módl się za nami,
Święta Filomeno, z chwilą poczęcia łaskami napełniona, módl się za nami,
Święta Filomeno, wierna naśladowczyni Maryi, módl się za nami,
Święta Filomeno, wzorze dziewic, módl się za nami,
Święta Filomeno, Świątynio doskonałej wiary, módl się za nami,
Święta Filomeno, ożywiona zapałem do Chwały Bożej, módl się za nami,
Święta. Filomeno, Ofiaro miłości Chrystusa, módl się za nami,
Święta Filomeno, Przykładzie siły i wytrwałości, módl się za nami,
Święta Filomeno, niezwyciężona siło czystości, módl się za nami,
Święta Filomeno, Zwierciadło heroicznej cnotliwości, módl się za nami,
Święta Filomeno, wytrwała i nieustraszona w męczarniach, módl się za nami,
Święta Filomeno, jak Twój Niebiański Oblubieniec biczowana, módl się za nami,
Święta Filomeno, gradem strzał przebita, módl się za nami,
Święta Filomeno, skuta łańcuchami, przez Matkę Najświętsza pocieszana, módl się za nami,
Święta Filomeno, w więzieniu cudownie uzdrowiona, módl się za nami,
Święta Filomeno, w czasie tortur przez aniołów wspierana, módl się za nami,
Święta Filomeno, która wybrałaś mękę i śmierć nad wspaniałości tronu królewskiego, módl się za nami,
Święta Filomeno, która nawróciłaś świadków swego męczeństwa, módl się za nami,
Święta Filomeno, która znosiłaś furię swoich oprawców, módl się za nami,
Święta Filomeno, Opiekunko niewinnych, módl się za nami,
Święta Filomeno, Patronko młodzieży, módl się za nami,
Święta Filomeno, Ucieczko nieszczęśliwych, módl się za nami,
Święta Filomeno, Zdrowie chorych i słabych, módl się za nami,
Święta Filomeno, nowe Światło Kościoła Walczącego, módl się za nami,
Święta Filomeno, która zwalczasz bezbożność świata, módl się za nami,
Święta Filomeno, która przywracasz wiarę i dajesz odwagę jej wyznawania, módl się za nami,
Święta Filomeno, której imię sławione jest w niebie, a straszne dla piekieł, módl się za nami,
Święta Filomeno, wspaniałymi cudami sławiona, módl się za nami,
Święta Filomeno, mocą Bożą wzmocniona, módl się za nami,
Święta Filomeno, panująca w chwale, módl się za nami,
Święta Filomeno, patronko Dzieci Maryi, módl się za nami,
Święta Filomeno, patronko Żywego Różańca, módl się za nami,

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zachowaj nas Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

K. Módl się za nami Św. Filomeno.
W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

Módlmy się: Błagamy Cię, Panie, przez wstawiennictwo Świętej Filomeny, Dziewicy i Męczennicy, zawsze Ci miłej przez jej nieskalaną czystość i praktykowanie wszelkich cnót, przebacz nam grzechy nasze i udziel nam łask nam potrzebnych (nazwij łaskę, której specjalnie potrzebujesz). Amen.

________________

Link: http://www.metanoeite.republika.pl/s2.htm

za; http://ostrzezenie.net/wordpress/swieta-filomena-zyciorys-modlitwa-i-litania/

Chwała na wysokości Bogu

Chwała na wysokości Bogu
a na ziemi pokój ludziom dobrej woli.
Chwalimy Cię,
Błogosławimy Cię,
Wielbimy Cię.
Wysławiamy Cię.
Dzięki Ci składamy,
bo wielka jest chwała Twoja.
Panie Boże, Królu nieba,
Boże Ojcze wszechmogący.
Panie, Synu Jednorodzony,
Jezu Chryste.
Panie Boże, Baranku Boży,
Synu Ojca.
Który gładzisz grzechy świata,
zmiłuj się nad nami.
Który gładzisz grzechy świata,
przyjm błaganie nasze.
Który siedzisz po prawicy Ojca,
zmiłuj się nad nami.
Albowiem tylko Tyś jest święty.
Tylko Tyś jest Panem.
Tylko Tyś Najwyższy,
Jezu Chryste.
Z Duchem Świętym
w chwale Boga Ojca.
Amen

***

Gloria in excelsis Deo.

Et in terra pax hominibus bonae voluntatis.

Laudamus te.

Benedicimus te.

Adoramus te.

Glorificamus te.

Gratiam agimus tibi propter magnam gloriam tuam.

Domine Deus, Rex coelestis, Deus Pater omnipotens.

Domine Fili unigenite, Jesu Christe.

Domine Deus, Agnus Dei,

Filius Patris.

Qui tollis peccata mundi, miserere nobis.

Qui tollis peccata mundi, suscipe deprecationem nostram.

Qui sedes ad dexteram Patris, miserere nobis.

Quoniam tu solus Sanctus.

Tu solus Dominus.

To solus Altissimus, Jesu Christe.

Cum Sancto Spiritu in gloria Dei Patris. Amen. 

***
P:Glory to God in the highest. And on earth peace to men of good will. We praise Thee. We bless Thee. We worship Thee. We glorify Thee. We give Thee thanks for Thy great glory, Lord God, heavenly King, God the Father almighty. Lord Jesus Christ, the Only-begotten Son. Lord God, Lamb of God, Son of the Father Who takest away the sins of the world, have mercy on us. Who takest away the sins of the world, receive our prayer. Who sittest at the right hand of the Father, have mercy on us. For Thou alone art holy; Thou alone art Lord; Thou alone, Jesus Christ, with the Holy Spirit, art most high in the Glory of God the Father. Amen.

 

Bp Williamson – Numer CCLXXII (272) 29 wrzesień 2012

Bp Williamson – Numer CCLXXII (272) 29 wrzesień 2012

Joseph Siri

Podczas kazania na święto świętego Piusa X, złapałem się na powiedzeniu “prawie-herezji”: Zastanawiałem się głośno, czy Giuseppe Sarto nie posłuchałby Pawła VI, kiedy ten niszczył Kościoł, czy zamiast umierać jako papież Pius X w 1914 r., umarłby jako kardynał, powiedzmy w 1974 roku. W Bractwie św. Piusa X powinno to wyglądać jak herezja, bo jak mądrość niebiańskiego patrona Bractwa mogłaby być złapana na błędzie? Niemniej jednak takie pytanie nie jest bezużyteczne.

W latach 1970. arcybiskup Lefebvre podjął kilka osobistych wizyt u pewnych, należących do najlepszych, kardynałów i biskupów Kościoła w nadziei nakłonienia przynajmniej kilku z nich do zgody na publiczne stawienie oporu rewolucji Vaticanum II. Często powtarzał, że zjednoczony opór, przynajmniej pół tuzina tych biskupów, mógłby poważnie utrudnić soborowy upadek Kościoła. Niestety, nawet sam kardynał Siri z Genui, którego Pius XII życzył sobie na swojego następcę, nie chciał zrobić publicznego gestu przeciw oficjalnemu soborowemu Kościołowi. Wreszcie biskup de Castro Mayer przyłączył się publicznie do abp. Lefebvre’a, ale nie wcześniej niż w latach 1980., kiedy już Rewolucja Soborowa dobrze osadziła się na szczycie Kościoła.

Przychodzi więc pytanie: jak to jest możliwe, że najlepsi spośród najlepiej przygotowanych umysłów, mogli być aż tak ślepi ? Jak to możliwe, aby przynajmniej kilku z najlepszych ludzi Kościoła tamtych czasów, nie było w stanie zobaczyć tego, co Arcybiskup widział, na przykład, że “prawo”, które ustanowiło nową Mszę nie mogło być w żadnym wypadku prawdziwym prawem, ponieważ do samej natury prawa należy służenie planowaniu wspólnego dobra?

Jak to się stało, że jedynie na skutek szacunku [pozostałego kleru] dla władzy, abp Lefebvre został prawie sam, aby odmówić unicestwienia podstawowej zasady zdrowego rozsądku, gdy samo przetrwanie Kościoła było mocno zagrożone przez Vaticanum II i Nową Mszę ? Jak władzy udało się, aż tak zdominować rzeczywistość i prawdę ?

Odpowiem, że od siedmiu wieków chrześcijaństwo zsuwa się w apostazję. Przez 700 lat, z szlachetną przerwą jaką była kontrreformacja, katolicką rzeczywistość powoli podgryza zrakowaciałe marzenie liberalizmu, jakoby człowiek musiał uwolnić się od Boga uwalniając swoją naturę od łaski, swój umysł od obiektywnej prawdy, a swoją wolę od objektywnego dobra i zła. Przez długi czas, 650 lat, przywódcy Kościoła Katolickiego przylgnęli do rzeczywistości i bronili jej, ale w końcu siła sennego marzenia modernizmu, kaprys coraz bardziej olśniewający i atrakcyjny, przeniknął ich kości wystarczająco, aby rzeczywistość utraciła swoje panowanie nad ich umysłami i ich wolą.

Brakło im łaski, tak jak mówił św. Tomasz More a propos angielskich biskupów swoich czasów, którzy zdradzili Kościół katolicki, prałaci Watykanu II pozwolili, aby ludzkie marzenie znaczyło więcej niż rzeczywistośc Boga, a władza znaczyła więcej niż prawda. Mamy tutaj praktyczne lekcje tak dla duchownych, jak i dla świeckich.

Drodzy koledzy, tak wewnątrz jak i na zewnątrz FSSPX, aby służyć Bogu, musimy być ostrożni, by nie reagować jak Giuseppe Siri kiedy w rzeczywistości, musimy zachować się jak Giuseppe Sarto z jego przepięknymi potępieniami modernistycznych błędów w Pascendi, Lamentabili i Notre Charge Apostolique sur le Sillon (O błędach Sillonu). A żeby otrzymać łaskę, której potrzebujemy w tym najgorszym w historii Kościoła kryzysie, musimy bardzo mocno się modlić.

A co do was, wierni, jeżeli okropności współczesnego życia wywołują u was “głód i i pragnienie sprawiedliwości”, radujcie się jeśli potraficie, że te okropności utrzymują was w rzeczywistości, a nie wątpcie, że jeśli wytrwacie w tym głodzie i pragnieniu, “będziecie nasyceni” (Mt.5, 6). Błogosławieni ubodzy w duchu, cisi, którzy się smucą, mówi Nasz Pan w tym samym miejscu. A co do najpewniejszej ochrony zapobiegawczej, aby wasze umysły i serca nie zmogło marzenie, odmówcie codziennie pięć, albo lepiej, piętnaście Tajemnic różańcowych Naszej Pani.

Kyrie eleison.

Bp Richard Williamson FSSPX

Msza śpiewana: co śpiewać i jak

Msza śpiewana: co śpiewać i jak

Kontynuując zapowiedzianą na początku roku liturgicznego tematykę, jako ciągłość cyklu o śpiewie liturgicznym (Wstęp, Część I, Śpiew liturgiczny w wychowaniu cnoty pobożności), tym razem od strony praktycznej, przedstawię śpiewy części stałych Mszy świętej na cały rok liturgiczny. Jest to bowiem normalny sposób uczestnictwa wiernych we Mszy uroczystej (śpiewanej) oraz, jak zauważa o. Jacek Woroniecki, doskonały sposób na wychowanie w sobie cnoty pobożności, prawdziwej, katolickiej. Przyczynia się przy tym do wykorzenienia indywidualizmu, tak pospolitego u nas, Polaków. W ten sposób łatwo też będzie każdemu, kto chce, dowiedzieć się zawczasu, czego się może spodziewać w kaplicy czy kościele, gdzie Msza jest śpiewana oraz przygotować się odpowiednio, jeśli zachodzi taka potrzeba.

Wpis ten poszerzany będzie o kolejne Msze najczęściej śpiewane, dodam pewnie kilka zupełnie elementarnych uwag, jak śpiewać, a tymczasem, jako że okres wielkanocny już trwa od tygodnia, oto śpiew na pokropienie oraz Msza I:

I. Na pokropienie

A) Asperges me (w ciągu roku poza okresem wielkanocnym)

Wkrótce

B) Vidi aquam (w okresie wielkanocnym)

(Wykonanie głosem nieco operowym, ale prawidłowe i wyraźne. Można też tu posłuchać, od 35m17s)

II.Części stałe Mszy świętej

A) Msza I (zwana Lux et origo) na okres wielkanocny (od Wielkiej Nocy do Zesłania Ducha Świętego)

1) Kyrie

2) Gloria

(mnisi z Santo Domingo de Silos w Hiszpanii)

3) Agnus Dei

4) Sanctus

5) Ite missa est

Od wigilii wielkanocnej do Białej Soboty (soboty w oktawie Wielkiej Nocy)

Od Białej Niedzieli (oktawy Wielkiej Nocy do soboty Suchych Dni w oktrawie Zesłania Ducha Świętego)

Wkrótce

B) Pozostałe Msze

Wkrótce

III. Credo

Najczęściej śpiewane Credo I lub III:

Wkrótce

VI. Antyfony maryjne i inne śpiewy na koniec

A) Antyfony maryjne (tony proste)

1) Alma Redemptoris Mater

2) Ave Regina caelorum

3) Regina caeli (w okresie wielkanocnym)

4) Salve Regina

B) Inne śpiewy odpowiednie na zakończenie Mszy

Wkrótce

* * *

Zwracam uwagę, że nie wszystkie wykonania wyżej przytoczone są idealne (niektóre na przykład przeciągają zbytnio ostatnią nutę tu i ówdzie), ale starałem się znaleźć jak najbardziej prawidłowe i wyraźne, najlepiej z neumami (nutami).

Jeśli ktoś chce pomóc w zebraniu właściwych śpiewów, proszę o kontakt.

Pelagiusz z Asturii